poniedziałek, 27 stycznia 2014

Prolog



1 listopada 1981r.
         Stałem nad brzegiem morze, czując owiewającą mnie chłodną bryzę. Czułem przejmujące dreszcze. Nie powodowały ich jednak ani chłodna, morska bryza, ani bliska obecność de mentorów.
Owe dreszcze wywoływała myśl o zbliżających się pięciu minutach. Właśnie tyle załatwił mi Dumbledore na spotkanie z człowiekiem, którego jeszcze niedawno miałem za przyjaciela.
         Moim stosunkiem do Huncwotów ni zachwiały wydarzenia ostatnich miesięcy. Ani śmierć McKinnonów, ani tragiczna śmierć narzeczonej Syriusza – Roksany. Podejrzewałem, że to właśnie jej śmierć ostatecznie spowodowała, że przyjaciele zaczęli traktować mnie jak zdrajcę. Odwrócili się ode mnie po kolei. Syriusz, James, Peter.
         Moją uwagę zwróciły odgłosy kroków. Za mną szło czworo aurorów. Między nimi stał skuty Syriusz Black. W jego czarnych oczach widziałem jeszcze ślady obłędu, które zostały zastąpione szokiem i nadzieją, gdy mnie rozpoznał.
- Pięć minut. – uprzedził mnie jeden z aurorów.
Cała czwórka oddaliła się na taką odległość, że mogliśmy swobodnie porozmawiać.
- Zapytałbym „dlaczego?”, ale mam wątpliwości, czy chcę poznać odpowiedź. – powiedziałem.
- Remus… - zaczął drżącym głosem. – Chociaż ty mi uwierz. To nie byłem ja.
- A czy ty mi wierzyłeś? – zapytałem twardo. – Czy mi wierzyłeś, kiedy kilkukrotnie tłumaczyłem, że nie jestem zdrajcą? Teraz wiem dlaczego. Wiem, dlaczego nastawiałeś Jamesa, Lily i Petera przeciwko mnie.
- Nie zdradziłem ich. James był dla mnie bliższy niż rodzina. Bliższy niż wszyscy inni. Tak jak Lily, Glizdogon i ty. Remus, przepraszam za to wszystko. Nie wiem, jak mogłem zwątpić w przyjaciela.
Chciałem mu nie wierzyć. Ale po tym wszystkim…
- To wszystko Peter. Przecież były pogłoski, że kręcił ze śmierciożercami…
- Nie mów nic. – przerwałem mu, widząc, że podchodzą do nas aurorzy
Pięć minut minęło.
         Nie wiedziałem, co mam o tym myśleć. Chciałem winić go za śmierć Lilki, Jamesa i Petera. Ale ciała Glizdogona nie zaleziono.
Problem w tym, że Black miał rację – przy Pettigrew rzeczywiście kręcili się śmierciozercy, a ostatnio coraz częściej znikał. Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim myśleć.
Wyciągnąłem różdżkę i teleportowałem się do domu. Teraz, gdy Voldemort nie żyje, nie było potrzeby zabezpieczania domu zaklęciami. W środku czekały na mnie chyba jedyna osoby, które nigdy nie oskarżyły mnie o zdradę – rodzice, młodszy brat Jerry i kuzyn Edgar. Moja siostra, Kristal, była jeszcze za mała, żeby mieszać ją w tą całą sytuację.
         Następnego dnia wyszedłem z domu przed świtem, prowadząc na smyczy swojego psa - Bursztyna. Zostawiłem rodzinie kartkę z wyjaśnieniem dlaczego wyjeżdżam i informacją, że jadę do wujka do Ameryki. Nie wiedziałem, kiedy wrócę.
--------------
No to zaczynam. Prolog stanowi tylko wstawkę - następne rozdziały będą już miały miejsce w czasie z "Harry'ego Pottera i Więźnia Azkabanu". Własnie na tym okresie będzie skupiał się ten blog.
Pozdrawiam